Tragedia z odległej perspektywy

„Zeszłej nocy miałam dziwny sen, w którym spotkałyśmy się. Czy mogłabyś zadzwonić dzisiaj około godz. 17:00, wówczas będę w domu. Chciałabym usłyszeć głos małej Mariki”. – Wiadomość wysłana do mojej żony przez jej matkę w piątek, 11 marca 2011 r., o godz. 9:18 czasu japońskiego. Kilka godzin później doszło do największego w historii Japonii trzęsienia ziemi, a fala tsunami zmyła z powierzchni ziemi dom teściowej. Oglądanie dramatu z odległej perspektywy jest nie mniej stresujące niż obecność w samym środku wydarzeń.

Zrozumiałem to 7 lipca 2005 r., gdy doszło do zamachów terrorystycznych w londyńskim metrze. Chciałem wówczas autobusem dostać się na lotnisko Heathrow. Autobus się spóźniał, więc próbowałem dojechać metrem, ale metro zostało zamknięte i nikt ze służb porządkowych nie udzielał żadnych informacji. Na ulicach Londynu było dużo ludzi czekających na jakikolwiek środek transportu. Mało kto wiedział co się dzieje. Natomiast dużo informacji mieli ci, którzy oglądali telewizję.



Mój znajomy wysłał wówczas do mnie sms-a z Polski i zapytał, czy żyję. Odpisałem: przepraszam, że długo się nie odzywałem…, nie mając świadomości o co mu chodzi. Podejrzewam, że podobnie było 11 marca 2011 r. w Japonii, kiedy to wiele osób nie było w stanie wyobrazić co się wokół nich dzieje. Największa niepewność musiała im towarzyszyć kilka dni później, gdy w elektrowni jądrowej Fukushima I doszło do poważnej awarii. Niektórzy moi znajomi widzieli nawet na własne oczy eksplozję i zastanawiali się skąd może pochodzić wielka chmura dymu. Nikomu nie przyszło do głowy, że dym pochodzi z budynku, w którym znajduje się reaktor jądrowy.

Bezskuteczne próby kontaktu

11 marca 2011 r. bezskutecznie próbowaliśmy się dodzwonić do mojej teściowej. Najpierw dzwoniliśmy na telefon stacjonarny, ale w słuchawce nie było dźwięku, więc już wiedzieliśmy, że dom najprawdopodobniej został zmyty przez falę tsunami. Następnie dzwoniliśmy na komórkę, ale japońskie sieci w rejonie katastrofy były zablokowane. Zapewne cały świat próbował się wówczas dodzwonić, przy okazji odcinając łączność dla rodzin osób znajdujących się w centrum wydarzeń. Ale kto w takim momencie o tym myśli? Japońskie media apelowały do ludzi, aby nie korzystali bez wyraźniej potrzeby z telefonów komórkowych.

O godz. 23:56 czasu japońskiego siostra mojej żony wysłała do nas wiadomość: Cała dzielnica Karasuzaki została zniszczona. Matka i Nami (suczka o imieniu Fala – M.D.) są bezpieczne. Następnego dnia teściowa napisała do nas: Pozostało mi tylko życie. Jestem teraz z Nami w centrum ewakuacyjnym mieszczącym się w gimnazjum. Całe nasze osiedle zostało zmyte z powierzchni ziemi przez tsunami. Wówczas zaczęliśmy szukać informacji o zaginionych znajomych. Niestety nie wszyscy przeżyli, o czym pisałem w poprzednim felietonie: Zabójcza fala, czyli wspomnienia osób, które przeżyły tsunami.

Kilka słów o trzęsieniach ziemi

Mieszkając w Japonii trzeba nauczyć się żyć nie myśląc o zagrożeniach, ale jednocześnie być stale na nie przygotowanym. Warto także wiedzieć co to jest skala Richtera i skala Shindo. Ta pierwsza określa energię wyzwoloną w czasie wstrząsu i jest niepotrzebnie nadużywana w światowych środkach masowego przekazu. Informacja, że gdzieś na Pacyfiku było trzęsienie ziemi o sile 7,8 w skali Richtera jest mało użyteczna, bo nie wiemy jaki miało wpływ na tereny położone kilkadziesiąt, czy kilkaset kilometrów od epicentrum. Dlatego Japończycy posługują się bardziej praktyczną skalą Shindo, która opisuje w przedziale od 0 do 7 intensywność drgań w niemalże dowolnie położonym miejscu w kraju.

O ile budynki japońskie są w stanie przetrwać nawet maksymalną „siódemkę” w skali Shindo, o tyle tsunami może złamać je jak zapałki. Ryzyka nie można lekceważyć, ale kiedy w lutym 2010 r., po silnym trzęsieniu ziemi w pobliżu chilijskiego wybrzeża, Japońska Agencja Meteorologiczna wydała ostrzeżenie przed tsunami w regionie Tōhoku, wielu mieszkańców zignorowało zagrożenie. Kahori z naszą półroczną córką Mariką kilkakrotnie w ciągu dnia ewakuowała się w bezpieczne miejsce, ale niektórzy ludzie robili sobie żarty z niebezpieczeństwa. Ostatecznie fala osiągnęła wysokość kilkudziesięciu centymetrów, czyli znacznie mniej niż w oficjalnych komunikatach, i w większości miejsc została zatrzymana przez falochron.

Na zakończenie dodam, że Japończycy mają swój własny specyficzny system wczesnego ostrzegania. W każdym domu łatwo jest znaleźć jakiś element wyposażenia, który może posłużyć jako detektor wstrząsów. Najczęściej jest to wisząca lampa, ale w pokoju Kahori był to uchwyt do szuflady przypominający kołatkę. Zanim wstrząsy stały się wyraźnie odczuwalne, kołatka lekko uderzała o szufladę wydając charakterystyczny dźwięk – puk, puk, puk... Dobrze, że w Polsce puk-puk nie zwiastuje możliwej tragedii, a co najwyżej nieproszonych gości.
Trwa ładowanie komentarzy...